Teoretycznie w modzie ograne patenty szybko się nudzą i nie mają najmniejszego sensu. Jednak nie w tym przypadku. H&M już od dziesięciu lat kolaboruje z uznanymi kreatorami mody, którzy projektują kolekcje specjalnie dla tej marki. I zawsze z tym samym efektem. Najpierw ogromny szum w mediach, później bijatyki i totalny chaos w sklepach, a na samym końcu abstrakcyjne ceny na aukcjach internetowych.

W tym roku nie mogło być inaczej. Ze swoją kolekcją debiutował Alexander Wang. Ceny najwyższe (bo nawet 1,5 tys. za damską kurtkę!) w historii współpracy z projektantami. Kolekcja ciekawa, interesująca, inna. Pełna nowych rozwiązań, intrygujących materiałów i efektownych dodatków, z rękawicami bokserskimi na czele. Nie tak oczywista jak 90% asortymentu tego sklepu.

Jako że kolekcja jest limitowana, trafiła do wybranych sklepów na całym świecie. W Polsce tylko do dwóch: w Warszawie i Krakowie. A co było hitem tej kolekcji? Oczywiście to co najtańsze! Czyli bluzy, buty, dodatki i inne pierdoły (choć tak na dobrą sprawę nic nie było jakoś za specjalnie tanie). Horrendalne ceny niektórych produktów nie powstrzymały ludzi, żeby stać w gigantycznych kolejkach do sklepu nawet kilka godzin przed ich otwarciem. A co działo się po otwarciu? Istna Sodoma i Gomora! Ubrania latały wszędzie, ludzie wymieniali się rzeczami między sobą, czapka za bluzę, rękawice za brelok. Osobiście do H&M na ul. Marszałkowskiej dotarłem dopiero po godzinie 10. I co zastałem? Nic… Wszystko było już totalnie przebrane. Zostały jedynie najdroższe rzeczy lub te „najbrzydsze”. A jeśli ktoś nie zdobył tego co chciał, zapraszam na aukcje internetowe, gdzie kupi to co go interesuję za kwotę dwa razy większą niż ta w sklepie.

Szał na limitowane kolekcje, co roku ściąga do szwedzkiej sieciówki setki, jak nie tysiące osób. W czym tkwi ten niesamowity fenomen marki H&M? Przed H&M’em byli inni, którzy współpracowali ze znanymi projektantami, a jednak dopiero szwedzkiej sieciówce udało się zrobić to z takim rozmachem i na taką skalę. (Patryk Patryk)