Rozmawiamy z Maciejem Mańkowskim, fotografem, który pracuje w zawodzie już kilkadziesiąt lat. Pierwsze doświadczenie zebrał pracując w poznańskim oddziale TVP w latach 70. i 80. Opowiedział nam o specyfice fotografii reklamowej, którą wykładał w Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu i realiach polskiego rynku początków lat 90. Obecnie Maciej Mańkowski pracuje we własnym studio fotograficznym. Zapytaliśmy go, jakie rady mógłby przekazać młodym fotografom oraz o to, jak branża foto może wyglądać za kilka lat.

Kamil Białas: Czy pamięta pan moment, w którym zrozumiał, że w przyszłości pragnie rozwijać się w fotografii? 

Maciej Mańkowski: To nie był moment, to był proces. Od dzieciństwa pasjonowałem się fotografią, a gdy byłem nastolatkiem moje ambicje w tym kierunku zaczęły się klarować. Nie istniała wtedy w Polsce branża fotograficzna jako taka, tym bardziej rynek zawodowy, nie mówiąc już o komercyjnym. Bycie fotografem ograniczało się do realizowania swoich fantazji. W połowie lat 70., różnymi sposobami zdobywałem (wtedy dla nas ekstrawaganckie) zagraniczne magazyny i książki  – w antykwariatach czy przez znajomych, którzy jechali zagranicę. To było niczym prawdziwe zdobywanie sprawności harcerskich (śmiech)! Dzisiaj każdy, kto marzy o karierze fotografa dostaje wszystko podane na talerzu najnowszych technologii, zaczynając od telefonu z aparatem w ręku. Ogranicza nas jedynie fantazja, bowiem każda manipulacja obrazem i techniką są osiągalne. Dawniej kreowanie świata na zdjęciu mogło ograniczać się jedynie do fotografowania smutnej rzeczywistości. 

W swoich pracach fotograficznych od początku zdaje się pan być bardziej zainteresowany jednostką, niż społeczeństwem. Czy to dążenie do zwrócenia się ku pojedynczej emocji, pragnieniu, uczuciu było właśnie pana pomysłem na nieciekawe wizualnie lata PRL-u?

Maciej Mańkowski: W gruncie rzeczy tak, bo ta rzeczywistość była siermiężna, a moja wyobraźnia galopowała. Kolory tej rzeczywistości trzeba było więc tworzyć samemu. Nadal uważam, że fotografowanie ludzi w określonym kontekście jest najciekawsze. Nie wyobrażam sobie być na przykład reportażystą wojennym – to kompletnie nie moje rejony. Ja pracuję  w studio – mam czas, smakuję elementy, pracuję ze światłem, przestrzenią. Nigdy nie podglądam, nie robię zdjęć z ukrycia, nie interesuje mnie tzw. street photo czy sytuacje reporterskie. Mój plan jest precyzyjnie zorganizowany. Mam też zawsze kilka tematów, które realizuję niezależnie. To wynika z tego, że nie lubię się nudzić, chcę dotykać rzeczy, których wcześniej nie praktykowałem. W tej chwili głównie szukam harmonii – w sobie, w tym co robię, w świecie. To chyba też pokazują moje najnowsze zdjęcia. Ktoś powiedział kiedyś, że szokować brzydotą jest łatwo, trudniej jest szokować pięknem. 

W pańskich pracach widzę też dużo ciszy, powolności, skupienia na detalu.

Maciej Mańkowski: Fajnie, nikt mi wcześniej nie powiedział, że widzi ciszę w moich zdjęciach.

I tak właśnie opisałabym pana styl – szokowanie pięknem. Pana zajęcie wydaje mi się być zupełnie bezstresowe. Tak właśnie jest?

Maciej Mańkowski: Ja mam w życiu generalnie takie założenie, że uciekam w strefy, gdzie ten stres jest minimalny. Oczywiście on często pomaga w motywacji itd., natomiast uważam, że takie strefy komfortu, w których można realizować swoje projekty, nawet bezkompromisowe, są najbardziej optymalnym rozwiązaniem.

W latach 70. i 80. pracował pan jako realizator obrazu w poznańskim oddziale TVP. Czego się pan wtedy nauczył?

Maciej Mańkowski: To była niesamowita przygoda – 10 lat praktyki jako operator i realizator obrazu, bardzo rozwijające doświadczenie. Obraz filmowy ma przecież praprzyczynę w fotografii, jednak tworzenie narracji filmowej jest nieco inne, trzeba wiedzieć, jak budować światło i przestrzeń na planie. Operator musi mieć tzw. trzecie oko, więcej skupienia uwagi, powinien zawsze przewidywać co może się wydarzyć. Gdy pracowałem dla telewizji, do produkcji wchodziły właśnie kamery ręczne i szybko zacząłem się specjalizować w realizacji widowisk rozrywkowych i teatralnych z ich użyciem. Byłem ekspertem od tzw. master shotów, czyli bardzo długich ujęć, do których najpierw wymyślało się całą sekwencję zdarzeń – co kto mówi, skąd wchodzi itd., a potem nagrywało się je w jednym ujęciu.  

Dlaczego więc odszedł pan z Telewizji?

Maciej Mańkowski: Nie chciałem w niej pozostać z prostej przyczyny – w poznańskim ośrodku zaczęło brakować pieniędzy, a cięcia dotyczyły głównie tego, co dla mnie było najbardziej interesujące. Byłem pierwszym pracownikiem poznańskiej PTV, który się zwolnił na własne życzenie. Czułem bowiem, że w rozwoju doszedłem do ściany. Ograniczane zaczęły być widowiska, a mnie, jako twórcy obrazu, nie interesowało przygotowywanie publicystyki i filmowanie tzw. gadających głów. Dzięki tej pracy miałem oczywiście możliwość poznać i zaprzyjaźnić się z wieloma wybitnymi ludźmi teatru, filmu, reżyserami, aktorami i ten aspekt doceniam do dzisiaj. Wiedziałem jednak, że na tym etapie stały przede mną dwie możliwości – iść w prywatną produkcję telewizyjną, która dopiero zaczynała raczkować, bądź zająć się fotografią. Przez jakiś czas próbowałem tej pierwszej opcji – wynajmowałem ekipę, światła i robiliśmy pierwsze komercyjne i prymitywne projekty reklamowe. Ale to było jeszcze gorsze jakościowo niż ówczesna telewizja (śmiech)! Uczyliśmy się dopiero robić biznes, więc napięcia między ludźmi były bardzo duże, potrzebne były pieniądze na sprzęt, kredyty, spółki itd. Fotografia z kolei może nie była „szałowa” pod względem finansów, ale dla mnie ten aspekt nie był najważniejszy. Miałem i tak szczęście, że mogłem sobie pozwolić wtedy na sprzęt, na którym pracowali w tym czasie fotografowie z Nowego Jorku. To był przełom lat 80. i 90. 

W latach 90. wykładał pan fotografię reklamową na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Jest pan jednym z prekursorów fotografii reklamowej w Polsce. Skąd czerpał pan wtedy wzorce? Ówczesna estetyka diametralnie odbiegała od tego, jak reklamowane są produkty obecnie. 

Pierwsze kroki w fotografii reklamowej nie wynikały z moich wizjonerskich potrzeb. W Polsce ta pierwsza faza to przede wszystkim chęć sprzedaży produktu na wolnym rynku lat 90. Mam wrażenie, że do dzisiaj jest ona ciągle aktywna na przydrożnych billboardach – mnogość czcionek, informacji, grafik i zdjęć na każdym z nośników jest przerażająca. W latach 90. niejasne było także kto podejmował decyzje związane z reklamą w firmach. Wszyscy byli mocno niedokształceni i robili to, co uważali za stosowne i najlepsze. Pierwszym grzechem była zachowawczość tej estetyki, która nic nie mówiła, była powierzchowna. Na lokalnym rynku, w Poznaniu, było bardzo ciężko, bo o mojej pracy decydował „prezes ze szwagrem” (śmiech). Ucząc więc studentów chciałem, aby inspirowali się zjawiskami, które były ponadczasowe i prekursorskie w moim poczuciu. Pokazywałam im na przykład prace Guy Bourdina, „odjazdowego” wizjonera, który prezentował świat nie dosłownie, a metaforycznie. Obecnie obserwuję narodziny nowego wizjonera, Tima Walkera, angielskiego romantyczno-surrealistycznego fotografa, dla mnie wybitnego. Ale pokazywałem studentom także Ryszarda Horowitza w reklamie. Starałem się dostarczać im inspiracji, żeby nie myśleli tylko z poziomu „prezesa i szwagra”. Chciałem, żeby poczuli wolność wyobraźni. Jednak czym jest dobra wizualnie reklama? Takie pytanie cały czas jest aktualne.

Jaką odpowiedź może pan udzielić?

Jest wielu bardzo utalentowanych autorów reklam, ale ich niestety nie widać. Rzeczy najlepsze są schowane w branżowych wydawnictwach. Ja widuję je w portfolio artystów. Ale w szerokim, codziennym ujęciu nie zauważymy ich pracy – ani w magazynach, ani w publicznej przestrzeni, na plakatach czy billboardach. To co mamy, to płaski, komercyjny krzyk rozpaczy: KOCHAJCIE MNIE. Kochajcie ten produkt. 

A jaki inny komunikat produkt powinien do świata wysłać?

Mnie odpowiada poetyka, którą kiedyś zapoczątkował Ryszard Horowitz, w którym lapidarność, synteza obrazu, a jednocześnie metafora jest bardzo skuteczna. Oczywiście w kręgach sztuki Horowitz jest uznany za osobę kontrowersyjną, jednak ja go bardzo szanuję. Byłem pierwszą osobą w Polsce, która zorganizowała wystawę jego zdjęć.

Na ile współpracuje pan przy sesji z modelem czy modelką, a na ile muszą się oni podporządkować pana pomysłowi?

Często jest tak, że kogoś znam 30 lat i po prostu wiem, jak tę osobę fotografować. Wiem jak trzyma ręce, jakie robi miny itd. Jeśli zaś nie znam modela czy modelki to zawsze staram się zbudować relację na planie. Poprawiam światło, patrzę w jakiej sytuacji osoba fotografowana czuje się najwygodniej. Po jakimś czasie zawsze następuje komunikacja między nami i już wiemy, co robić. Wybieram ludzi, którym chcę poświęcić uwagę, których  chcę sfotografować. Czasem nawet w przelotnych spotkaniach znajduję w ludziach to, co mnie urzeka i zapraszam ich do studia. W moich realizacjach portretowych decyduję, jak zdjęcie ma wyglądać. Doświadczenie sprawia, że praca z modelami przychodzi mi z łatwością. Jeśli nie znam fotografowanej osoby to robię wszystko, by ją jak najszybciej i jak najlepiej poznać. Ufam wtedy swojej intuicji. Najważniejsze jest, aby fotografowana osoba wiedziała, po co się spotkaliśmy. Jeśli nawet efekt nie będzie genialny, to musi być w pełni profesjonalny.

Pana styl fotografii portretowej jest rozpoznawalny, silny, ekspresyjny i emocjonalny. W projekcie „Look at me” widzimy znane osobowości medialne, wiele z nich z Poznania, na czarno-białych fotografiach. Jednym z centralnych elementów tej serii zdjęć są dłonie. 

Tak, to znak rozpoznawczy tego projektu. Zainteresował mnie gest jako narzędzie komunikacji miedzy ludźmi, który jednocześnie ośmiela i wywołuje ekspresję twarzy. Poza tym dłonie okazały się pretekstem do niesamowitych opowieści, historii, które towarzyszyły każdej sesji. Jeden z moich modeli na przykład miał na ręce stary zegarek, okazało się, że to zegarek… komunijny. Co pół roku od pół wieku zegarmistrz ożywia ten przedmiot, aby mógł działać sprawnie dalej. Zegarek nie mógł się nie znaleźć na zdjęciu.

A strefa decorum w Pana twórczości? Kwiaty, owady…

To są ambitne projekty i zawsze staram się, żeby były dekoracyjne, piękne. Chcę robić takie zdjęcia, które sam miałbym ochotę oglądać w przestrzeniach prywatnych i komercyjnych. Ta ostatnia przestrzeń jest w Polsce nadal bardzo uboga w sztukę. 

Motyw owadów pojawił się u mnie wraz z wynalezieniem przeze mnie techniki dagegrafii – połączenia dagerotypu z fotografią. Do dzisiaj kupuję stare dagerotypy i w swojej technice nawiązuję do pierwszych tego typu urządzeń. Na blasze aluminiowej w autorski sposób instaluję płatki srebra i złota, a następnie specjalną metodą nadrukowywane są motywy, które wcześniej precyzyjnie przygotowuję w programie komputerowym. W pracy nad tą techniką korzystam z rad fachowców pozłotników. 

Pańskie prace pojawiają się w miejscach publicznych. Przykładem jest restauracja „Żuk” w Poznaniu.

Tak. „Żuk” zaprosił mnie do współpracy, działamy w dużej skali. Obrazy owadów są ogromne, a proszę mi wierzyć, że im większy obiekt, tym oczy patrzącego otwierają się szerzej. Wiem, że goście dotykają tych prac, bo do końca nie wiedzą, co to jest – obraz? Zdjęcie? (śmiech) Tantum decorum. Chcę żeby te prace były maksymalnie dekoracyjne, oryginalne, piękne, grające ze światłem. 

Mówiąc wprost szokują pięknem.

Ja po prostu lubię jasność. Czasem ktoś mówi, że to już nie są zdjęcia. Ale fotografia jest zawsze moją bazą, punktem wyjścia, nigdy jej nie lekceważę. Poza tym dzisiaj wszystkie sztuki łączą się ze sobą, a więc i fotografia poszerza swoje pole działania. Choć oczywiście są wśród nas puryści fotograficzni.

A jak dzisiaj wygląda pana praca w dziedzinie reklamy?

Od 20 lat związany jestem z Ceramiką Tubądzin, wcześniej przez 10 lat z Ceramiką Koło. Sesja fotograficzna była na początku naszej współpracy nieporównywalna z tym, jak pracujemy obecnie. Wówczas w hali przygotowanej do zainstalowania maszyn temperatura wynosiła 5 stopni Celsjusza, wszyscy mieliśmy puchowe kurtki. Architekci budowali stoiska całkowicie wypełnione płytkami, wanny niczym katafalki, płytki pod sufit. Taka była moda! Dzisiaj Tubądzin nie tylko śledzi, ale i kreuje trendy, a płytek na planie jest dokładnie tyle, ile potrzeba. 

W fotografii kładziemy nacisk na przestrzeń, rekwizyt, stylizację. Kiedyś płytka musiała być w centrum, dzisiaj jest pretekstem, inspiracją, wspaniałym tłem dla własnej kreatywności. Na początku naszej drogi dopiero na planie decydowaliśmy o tym, jak ostatecznie wyglądać będzie sesja. Obecnie wszystko jest ustalone wiele tygodni wcześniej. Dawniej o profesjonalnych agencjach reklamowych, dyrektorach artystycznych, architektach marki, stylistach, którzy dbają o detale mogliśmy tylko pomarzyć. Dzisiaj praca bez nich jest niemożliwa. Fotograf oczywiście obecny jest na każdym etapie – jako część profesjonalnego zespołu. Gdy zaczynaliśmy marzyłem, by mieć zespół o najwyższych kwalifikacjach, na każdym etapie i bardzo profesjonalną poligrafię. Udało nam się i obecnie Tubądzin nie ma na rynku konkurencji w fotografii aranżacyjnej. Świadczy to także o otwartości właścicieli firmy na proces twórczy. Mamy więc komfortową sytuację – profesjonalny team realizatorów i własną halę fotograficzną. Inne firmy ciągle najczęściej korzystają z renderów. 

Gdzie będzie fotografia za 10 lat?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć, widząc jak bardzo przyspiesza rozwój technologiczny. Myślę, że już za pięć lat telefon będzie posiadał taką jakość obrazu, że siłą profesjonalnego fotografa będzie jedynie jego wiedza, technika, umiejętności i wyobraźnia. 

Czego więc może się nauczyć od pana dobrze rokujący młody fotograf dzisiaj?

Gdyby tylko chciał słuchać…

A nie chce?

Myślę, że dzisiaj młodzi fotografowie raczej wszystko chcą odrzucać, iść własnym fotograficznym szlakiem, co oczywiście nie jest niczym nowym. Wszyscy byliśmy młodzi. Przeraża mnie jednak to, że obserwując dzisiaj pracę zaczynających swoją drogę kolegów, obserwuję nudę. Powołując się na słowa Andrzeja Wajdy, że w filmie najgorszą rzeczą jest nuda – w fotografii także. Ta nuda przejawia się przede wszystkim w fotografii paradokumentalnej – fotografujmy śmieci, odpady, marginesy życia i narzucamy uwagę rzeczom, które według mnie są kompletnie nieciekawe.

Może po prostu odrzuca pan brzydotę?

Odrzucam i nie chcę jej mnożyć.

A jaką radę dałby pan 25-letniemu sobie?

Pozostań wierny sobie, niezależnie od mód, tendencji wizerunkowych, tego co się opłaca, a co nie. 

Więcej ciekawych fotograficznych opowieści znajdziecie w naszych artykułach klikając tutaj.