Bruno Schulz umieścił swoje „Sklepy cynamonowe” w mieście Drohobycz, ale przed wojną podobny pejzaż można było odnaleźć także w Lublinie. Wystarczyło zejść z reprezentacyjnego Krakowskiego Przedmieścia ku Podzamczu i wejść w gęsty labirynt ulic Lubartowskiej, Nowej czy Szerokiej. Handel mieszał się tam z gwarem głosów, zapachem przypraw, wilgotnego drewna i świeżo wypiekanego chleba. Za ręcznie malowanymi szyldami kryły się dziesiątki małych światów: bławatnych sklepów, warsztatów kuśnierskich, drukarni i piekarni prowadzonych przez żydowskie rodziny od pokoleń. Dzisiaj tamten Lublin już nie istnieje. Pamięć o nim przetrwała głównie na fotografiach Stefana Kiełszni, które zestawione ze współczesnymi widokami ulicy dają nam możliwość zajrzeć do świata, który odszedł.
Podzamcze, czyli drugi Lublin
Przedwojenny Lublin miał dwie odmienne twarze. Wokół Krakowskiego Przedmieścia skupiały się eleganckie kamienice, urzędy i kawiarnie. Kilkaset metrów dalej zaczynało się Podzamcze, czyli gęsto zabudowana dzielnica u stóp lubelskiego zamku, pełna handlu, modlitwy i codziennego pośpiechu. Właśnie tam biło żydowskie serce miasta. Lubartowska należała wówczas do najruchliwszych ulic tej części Lublina. Od rana rozbrzmiewały nawoływania handlarzy, stukot furmanek i rozmowy prowadzone po polsku, hebrajsku oraz oczywiście w jidysz. Kamienice stały tam jedna obok drugiej, a ich partery niemal w całości wypełniały sklepy, składy i warsztaty. W oficynach działały natomiast magazyny, piekarnie i niewielkie zakłady rzemieślnicze. W podwórkach suszyło się pranie, dzieci bawiły się między drewnianymi schodami, a mieszkańcy siadali wieczorami przed wejściami do domów i snuli opowieści o zamierzchłych czasach.

Ta część miasta tętniła życiem niemal bez przerwy. Śledzie sprzedawano prosto z beczek ustawionych przy ulicy, obok pachniały korzenne przyprawy, suszone owoce i świeże pieczywo. W relacjach ówczesnych mieszkańców widzimy obraz dzielnicy ciemniejszej i bardziej zatłoczonej niż reprezentacyjne centrum, ale zarazem niezwykle intensywnej i pełnej wręcz magicznej energii.
„Sklepy cynamonowe” z ulicy Lubartowskiej
Tamten magiczny świat uwiecznił na swoich fotografiach w latach 30. Stefan Kiełsznia. Przeszedł się ulicą Lubartowską i Nową (dziś Nowa jest przedłużeniem Lubartowskiej) i sfotografował wycinki kwitnącego handlu. Fotograf utrwalił m.in. witryny sklepowe, szyldy zapisane po polsku i w jidysz oraz zwyczajnych mieszkańców stojących przed zakładami pracy. Na zdjęciach pojawiają się magazyny kolonialne, sklepy z tkaninami, zakłady szewskie, drukarnie, piekarnie i składy apteczne.

Obok sklepu Hersza Halbersztadta z farbami i przyborami malarskimi przy ulicy Nowej działały kolejne rodzinne interesy należące do Ajchenbaumów, Cukiermanów i innych kupieckich rodzin związanych z Lubelszczyzną od dekad. Sklepy bywały miejscem pracy, mieszkaniem, centrum towarzyskich spotkań i przestrzenią rodzinnych rozmów. Życie prywatne przenikało się tutaj z handlem niemal bez żadnych granic. Wąskie przejścia prowadziły do ciemnych oficyn, gdzie mieściły się kolejne warsztaty i magazyny. W oknach wystawowych ustawiano manekiny w eleganckich ubraniach, zaś nad wejściami wisiały szyldy reklamujące „towary bławatne”, „galanterię” albo „obuwie”. Wieczorami światło lamp odbijało się w szybach sklepów, tworząc atmosferę dobrze znaną z prozy Schulza.
Lubelskie „Sklepy cynamonowe”
Świat opisany przez Brunona Schulza miał w sobie coś z sennego labiryntu. Zwykłe sklepy nabierały tam niemal baśniowego charakteru. Podobny nastrój unosił się nad przedwojenną ul. Nową. Wielu mieszkańców utrzymywało się z drobnego handlu przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Kupcy znali swoich klientów od lat, a uliczne życie miało własny rytm wyznaczany przez religijne święta, dni targowe i godziny modlitw. Na Lubartowskiej i Nowej można było spotkać ortodoksyjnych chasydów w długich chałatach, syjonistyczną młodzież, studentów Jeszywas Chachmej Lublin oraz biednych handlarzy próbujących sprzedać choć garstkę towarów dziennie.

Założona przez rabina Majera Szapirę Jeszywas Chachmej Lublin należała do najsłynniejszych uczelni talmudycznych w Europie. W pobliżu działały synagogi, domy modlitwy, biblioteki i organizacje dobroczynne. Żydzi stanowili przed wojną aż około 1/3 mieszkańców miasta! Dzielnica Podzamcze była najważniejszym centrum ich religijnego i gospodarczego życia.
II wojna światowa w Lublinie
Wrzesień 1939 roku przyniósł tragiczne załamanie tej sielskiej codzienności. Niemieckie represje bardzo szybko uderzyły w żydowskich mieszkańców Lublina. Ograniczano ich handel, przejmowano sklepy i konfiskowano majątki. Na Lubartowskiej zaczął dominować strach, który stopniowo wypierał dawny gwar ulicy. W marcu 1941 roku niemieccy okupanci utworzyli lubelskie getto obejmujące znaczną część Podzamcza. Tysiące ludzi zebrano na niewielkim obszarze i stłoczono w ciasnych mieszkaniach. Głód, choroby i terror stały się codziennością. Świadkowie wspominali tłumy ciągnące ulicami z resztkami dobytku oraz dzieci proszące o jedzenie.

Rok później rozpoczęła się akcja „Reinhardt”. W jej ramach większość mieszkańców getta deportowano do obozu zagłady w Bełżcu, wielu zamordowano również na niedalekim Majdanku. Z ulic zniknęli sklepikarze, drukarze, kuśnierze i piekarze. Przepadły szyldy w jidysz, rodzinne zakłady i gwar wielojęzycznej dzielnicy. Świat budowany przez stulecia został zburzony i zdeptany w ciągu niecałych dwóch lat.
Miasto pamięci o żydowskich mieszkańcach
Na przełomie lat 40. i 50. XX w. dzielnica Podzamcze zmieniła się nie do poznania. Jeszcze w czasie okupacji Niemcy wyburzyli dużą część tamtejszej historycznej zabudowy. Ulica Szeroka, dawniej główna arteria żydowskiego Lublina, praktycznie przestała istnieć. W jej miejscu w latach 50. poprowadzono nowe trasy komunikacyjne, a puste place częściowo wypełniono stylizowanymi kamieniczkami. Sama Lubartowska i Nowa przetrwały, lecz dawni mieszkańcy już nigdy na nie nie wrócili. W 1948 roku w Lublinie przebywało zaledwie około 500 Żydów. Dla przypomnienia, przed wojną było ich ponad 40 tys. Większość ocalałych wyemigrowała później do Izraela, Stanów Zjednoczonych i innych krajów. W pustych mieszkaniach osiedlili się nowi lokatorzy. Zniknęły żydowskie napisy, symbole religijne i rodzinne sklepy znane od pokoleń. Pamięć o tej części miasta zaczęła stopniowo zanikać. Dopiero zdigitalizowane fotografie Stefana Kiełszni, archiwalne dokumenty oraz działalność Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN pozwoliły ponownie przywołać obraz dawnego miasta.
Dzielnica żydowska z lotu ptaka, lata 30. XX w. i współcześnie. Źródło: biblioteka.teatrnn.pl i Google Earth
Patrząc dzisiaj na zdjęcia sprzed II wojny światowej, można zobaczyć zwyczajne sceny: sprzedawca stoi przed witryną, woźnica siedzi na wozie, dzieci bawią się na chodniku a kobiety wracają z zakupów. Nikt z nich nie mógł nawet przypuszczać, jakie piekło za moment zgotuje im historia, a świat ulicy Nowej czy Lubartowskiej przestanie istnieć. Właśnie dlatego dawna żydowska dzielnica Lublina przypomina wielkie schulzowskie „Sklepy cynamonowe” – miasto zapachów, głosów i obrazów zachowanych tylko w pamięci i na fotografiach.
Źródło: Lubelski Wojewódzki Konserwator Zabytków, teatrnn.pl
Czytaj też: Zabytek | Historia | Lublin | Architektura w Polsce | Miasto | Metamorfoza | whiteMAD na Instagramie
Sklepy na ul. Lubartowskiej (ówcześnie Nowej) w połowie lat 30. XX w. i dziś. Źródło: NAC – Narodowe Archiwum Cyfrowe/zdjęcia Stefana Kiełszni i Mateusz Markowski/whitemad.pl




















